Zaufanie, towar deficytowy (z pamiętnika)

25 Maj 2019

Zaufanie jest czymś czego się uczę, szczególnie w tej relacji jest ono trudne do wypracowania. Ilekroć wydaje mi się, że już jest, pojawia się ktoś lub coś co boleśnie uświadamia mi, że bardzo się mylę.
Z drugiej strony zastanawia mnie ilu ludzi zna się lepiej na mojej sytuacji niż ja, ilu potrafi, niby przypadkiem powiedzieć lub zrobić coś co ma mi udowodnić moją małość wobec tego co kiedyś było w życiu mojego partnera.
Partner też potrafi mi dopiec, w całej swojej dobroci czasem zapomina o mnie, a raczej o moich uczuciach i jak ja mogę się z tym czuć, z czym zmagam się już długi czas.
Trudno mi jest zaufać. Kiedyś łatwo mi to przychodziło. Teraz bym chciała, ale są dni kiedy czuję tak ogromny strach i ból, że walczę ze sobą żeby nie spakować się, choć jeszcze dobrze się nie przeniosłam i zamknąć się w swoim świecie, domu, mieście z synem. Przyznać wszystkim. „Tak, mieliście cholerną rację. Jestem protezą. Jestem tą gorszą, która zawsze będzie musiała stać w cieniu. A jak już będzie mi się wydawało, że mogę oddychać, to moje miejsce zostanie mi pokazane przez kolejnych życzliwych, a ja znowu będę się zastanawiać czy gdyby mój partner musiał wybierać, to czy w sytuacji krytycznej wybrałby mnie.”
Zaufanie. Słowo, które powtarzam między jednym kieliszkiem wina a drugim patrząc na śpiącego syna, siedząc w mieszkaniu partnera, który aktualnie wyjechał.
Zaufanie. W tym domu jest tylko jedna osoba, która je ma. Mój syn. Ufa mi. Ufa, że jakoś skleję nasze życie w coś co nie będzie karykaturą. Mój syn, który od dwóch dni mi powtarza, żebym nie patrzyła przez okno wyczekując, że przyjedzie po mnie moja babcia (zmarła w marcu 2018) bo nie mogę go zostawić i mojego partnera.
Biedny chłopiec jeszcze nie rozumie, że mój partner by sobie poradził, a i on nauczyłby się żyć, choć zawiodła bym jego zaufanie.
Smutne, że po tych wszystkich latach jedyną osobą, której ufam jest mój syn. Nawet sobie nie ufam. Jedynie w sytuacji zagrożenia słucham siebie, kiedy następuje spokój, czuję strach. Chciałabym zaufać. Chciałabym, żeby najbliższy mi człowiek dotrzymał słowa i jeżeli obiecuje zmianę w pewnych obszarach swego życia, to tak będzie. Że nie będzie za moimi plecami zachowywał się inaczej, skoro doskonale wie co czuję.
Jednak jestem już chyba za duża, by w to wierzyć. Dobrze jest się oszukiwać przynajmniej mniej boli. A jedyną osobą, której zaufanie jest mi niezbędne jestem ja sama. Na końcu i tak zostajemy sami, choć gorycz tego, że ktoś nas oszukuje jest trudna. Bycie za dobrym dla innych jest tak samo złe, jak bycie egoistycznym. Mam pecha trafiając na ludzi niebędących ze środka skali. A może to nie pech. Może po prostu dla każdego z nich uosabiam antidotum na inną chorobę. Czasem tak się czuję, jakbym była plastrem na rany, które zadał ktoś inny. Jakbym miała przyszyć uszko misiowi, któremu ktoś je urwał. Ten miś ufa, że to potrafię. I przyszywam to uszko, tylko po to żeby za jakiś czas znowu doświadczyć, że obietnice idą się paść.
Zaufanie, towar deficytowy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *