Nie masz szans? A kto Ci to powiedział?

Porządków w szufladzie ciąg dalszy. Koniec roku coraz bliżej, a i życie potrafi postawić wszystko na głowie. Zapiski są dobre, możesz przyjrzeć się drodze, która już za tobą. Zapiski z drogi są bolesne. Od dnia opisanego poniżej wiele się zmieniło, czas wiele zmienił. Jednocześnie część „chciałabym” stało się rzeczywistością. Życie nie przestaje mnie zaskakiwać. Jest piękne.

Nie masz szans? A kto Ci to powiedział?

Dziękuję, że czytasz.

30 sierpień 2018

Hej – „Nie mam za co chwycić, nie mam o co oprzeć stóp
Dzielę się przez siebie, tak jak liczby pierwsze
A pomnożona przez tą pustkę, jak przez zero – daję pustkę

Żyję, oddycham, choć poczucie rozdarcia i straty czai się w każdym zakamarku. Już przywykłam, że kiedy zostaję sama w domu, w biurze, na spacerze – płaczę.

Płacz jest dobry. Oczyszcza. W nocy kiedy dziecko śpi, a komunikator już milczy, płaczę. Rano wstaję jak zombie. Nigdy nie płaczę w obecności syna, ani w obecności partnera, chłopaka. Nawet nie wiem jakim słowem mam go określić. Nie płaczę na zewnątrz, w środku jestem jeziorem łez.

Każdego dnia zastanawiam się co będzie dalej. Takie myśli napadały mnie już przez ostatnie kilka lat. Wracałam do domu, który dla wielu był domem idealnym. Siadałam w fotelu i patrzyłam bezmyślnie przez okno. W tym czasie pytałam siebie. Co dalej? Jak będzie wyglądać moje życie? Pamiętam uczucie lęku i obojętność. Pamiętam jak na dźwięk domofonu wszystkie te emocje chowałam. Głęboko, żeby nie było aż tak widać, na jak wysokiej skale siedzę, rozważając skok bez asekuracji. I tak oto, skoczyłam. Pół roku temu.

Dziś był taki piękny dzień. W pracy spokój, syn zadowolony. Był. Po południu dostałam telefon od taty mojego syna, że musimy się spotkać. Na cmentarzu.

„Nie jedź” mówiło mi wszystko, więc pojechałam jak zawsze, kiedy on o coś prosił. Niby normalna wizyta na grobie jego prababci, niby spokojna rozmowa, aż zobaczyłam to co miałam. Tablica, symboliczny grób. „Naszym nienarodzonym dzieciom”. Coś mówił, ale ja już w tym momencie byłam w innym świecie. Chciało mi się krzyczeć, chciałam rzucić się na niego z pazurami. Znowu poczułam zapach szpitalnego korytarza, wszystkie wspomnienia wróciły. Ból, strach, samotność. Kurwa mać! Minęły dwa lata. Pożegnałam już te dzieci. Nauczyłam się bez nich żyć. Przez 2 lata zbudowałam kruchą równowagę. Przeżyłam żałobę. A teraz to. I choć w środku szalałam, stałam jak słup soli. Chciałam jak najszybciej wyjść, wziąć komórkę, napisać do bliskiej mi osoby, o tym co się stało, szukać pomocy. Tylko on jest na urlopie, ja tu, poza tym to nie jego zmory i czy w ogóle to ma szansę. Czy może jestem tylko protezą kogoś innego? I znowu poczułam się samotna. Sama.

Stojąc przed grobem czułam, że jestem sama. Nie dlatego, że ludzie są źli. Po prostu jestem sama, bo, właśnie… Bo nie mam już szans? Kiedy wróciłam do kontaktu z rzeczywistością ojciec mojego syna, dla którego było to wyraźnie trudne, powiedział wiele rzeczy o tym symbolicznym grobie, że to nasze dzieci, że to my. Postawiłam mur. „Wybacz mi”. To usłyszałam. I znowu, choć w środku stwierdzenie to wawołało lawinę sprzeciwu, powiedziałam „to już było. Wybaczam ci. Ale nie umiem zapomnieć tego co zrobiłeś.”

Niestety, to uruchomiło reakcję, której mogłam się spodziewać. Przyjazd tu miał mnie skłonić do zmiany zdania. Nie skłonił. Usłyszałam, że jestem najbardziej irracjonalną osobą, jaką on zna. Że nie mam serca. Że kobieta z dzieckiem – kto taką zechce. Jakie życie będzie miał nasz syn. Że będzie miał chorobę psychiczną przez rozwód. Że mężczyzna, który zabiera dziecko innemu to… Że jestem taka siaka, owaka. Prowadziłam auto i słuchałam. Jakby ktoś włączył dobrze znaną płytę, dochodzą pojedyncze elementy, w zasadzie bez znaczenia. Pies szczeka, wiatr niesie. W międzyczasie życzyłam mu, żeby, kiedy to już się skończy, żeby poznał kiedyś kobietę z dzieckiem. Żeby poczuł i zobaczył jak to jest. Żeby miał okazję zrobić to czego nie zrobił względem mnie. Żeby dostał drugą szansę, skoro ja jestem taka wybrakowana.

Chciałabym zobaczyć w nim człowieka, którego kiedyś pokochałam. Chciałabym zobaczyć go pełniejszego, żeby móc cieszyć jego szczęściem. Chciałabym, żeby następnym razem wykorzystał szanse, które da mu ktoś inny. Miłość nigdy nie jest łatwa. Chciałabym go znienawidzić, nie umiem. Chciałabym powiedzieć, że jest złym człowiekiem, ale to byłoby kłamstwo. Mówił, jeszcze niedawno, że jestem miłością jego życia. Wiem. Czasem jednak ta miłość nie jest możliwa do zrealizowania. Chciałabym, dla siebie, być czyjąś miłością życia i to czuć, nie słyszeć. Chciałabym pracować nad sobą, zacząć patrzeć na ludzi nie przez pryzmat rozumu. Może kiedyś, mimo że jestem matką, mam nawracające myśli samobójcze i poczucie zupełnego osamotnienia, ktoś mnie pokocha. Dziś czuję się niczyja. Może tak właśnie powinno być? Może faktycznie nie zasługuję na miłość?

Zdaję się na czas. Jest już za późno? Nie jest za późno? Nie, to ja jestem spóźniona.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *