Spóźniona

Minął rok od napisania tego tekstu – w końcu jestem na czas. Choć droga była długa, bolesna i wciąż nie jest łatwa. Ten rok, który zaczął się w dniu mojego ślubu, tj. 21 września 2019 jest rokiem dobroci – dla siebie, dla innych. Rokiem kiedy będą pojawiać się m.in. teksty, na których opublikowanie nie miałam siły, gdy powstawały, a teraz przypominają mi ile za mną.

Dziękuję, że czytasz.

 

10 października 2018

To już dziewięć miesięcy odkąd spotykam się ponownie z moją terapeutką. W zasadzie, jak ona sama mówi, czasem nie wiem kto komu za te spotkania powinien płacić. Niemniej ta godzina kiedy mogę mówić jak i co czuję, nie muszę tłumaczyć, bo rozmawiam z kimś, kto o emocjach i ludziach wie więcej niż inni – to mój wentyl bezpieczeństwa. Taki jasny punkt, mój spadochron w tym całym zamieszaniu. W tej długiej drodze oddzielania się od drugiej osoby.
To nieprawda, że kiedy powiedziałam, że odchodzę to byłam oddzielona, pogodzona, nie kochałam. Bardzo chciałam żeby tak było, ale jak zawsze, kiedy działamy na fali odcięcia od emocji, te prędzej czy później nas dogonią i napadną z siłą, która zwala z nóg. To, że jesteś w coś pozornie zaangażowany, a tak naprawdę nie jesteś bardziej zaangażowany niż kojot w problem globalnego ocieplenia nie znaczy, że problemu nie ma.

Tak oto nadszedł mój dzień. Dzień, w którym przez godzinę pozwoliłam, żeby te wszystkie emocje w końcu przepłynęły przeze mnie – zrozumiałam „jak?”, „co?”, „dlaczego?” – poczułam to. Nie zdarza mi się krzyczeć, ale tym razem mówiłam w furii, krzyczałam, płakałam. Wkurzałam się na siebie, na męża, na nowego partnera. Na ten cały popieprzony układ, w którym żyłam.
Niczym mantrę powtarzałam „czemu nie umiemy rozstać się w spokoju, bez awantur, bez pretensji, tylko skaczemy sobie do oczu jak wściekłe koty?! Czemu nie możemy po prostu się oddzielić i żyć na własny rachunek?! Papiery są w sądzie, tak jak było uzgodnione!”. Odpowiedź była oczywista, jak większość „tajemnic życia”.
Jeżeli ludzie po rozwodzie mają ze sobą super fajne relacje, to znaczy, że w tym związku nie było miłości. Ludzie, którzy się kochali będą skakać sobie do oczu, bo ich to rozdziera. Ich relacje z czasem się wyciszą, ale na przyjaźń raczej nie ma co liczyć. Nie potrafią usiąść przy stole, podzielić majątku, podać sobie rąk i odejść. Są wściekli, zawiedzeni i muszą ten gniew wyładować na drugiej osobie – bo ją kochają, stąd przyjaźń po wszystkim jest aberracją.
Tego wniosku nie musiała mi podsuwać terapeutka, zresztą przez ostanie miesiące nie podsuwała mi żadnych wniosków, po prostu wnioski same przychodziły przy odpowiednio przepracowanym i obejrzanym temacie. I tak oto mnie olśniło. Kiedy odchodziłam to kochałam mojego męża i wciąż go kocham, choć inaczej, jako ojca mojego syna, po prostu czasami miłości nie starczy dla wszystkich. Czasami miłość do kogoś powoduje, że zapominamy o miłości do siebie. Życie z osobą zamrożoną w uczuciach jest trudne, sama kiedyś taka byłam, dopóki nie postanowiłam pracować nad sobą. Wtedy nastąpił początek mnie, a koniec mojego związku.

Zdyszana i zrezygnowana rozpłakałam się i między spazmami płaczu powiedziałam głośno, że mam już dość takiego życia-nieżycia. Odeszłam od kogoś kogo kochałam prawie połowę mojego życia, związałam się z kimś, kto, no właśnie. Kto jest tak samo pokaleczony jak ja? Kto może nigdy mnie nie pokocha, bo przyszłam za późno.
Mój mąż, choć jeszcze formalnie jesteśmy razem, przeszedł do historii. Stał się wspomnieniem i wyrzutem sumienia, że nie starczyło mi już sił. Że tak bardzo chciałam zwyczajnego bycia razem, bez ekstremalności. Normalności. Potrzebowałam też siebie, a będąc razem nie mogłam tego wszystkiego pogodzić.
Nieustannie walczyliśmy, a raczej rywalizowaliśmy – ze sobą nawzajem, z otoczeniem. Po co? Żeby byś „cool”? Pokazać co to nie my? A gdzie w tym wszystkim my się podzialiśmy? Czy trzeba żyć według planu? Podbijać świat? Wiecznie się samorealizować? Mieć więcej i więcej rzeczy?

Siedziałam w fotelu w gabinecie w centrum miasta i bolało mnie całe ciało. Jakby ktoś zdzierał mi skórę, kawałek po kawałku. Oddzielenie.
Za późno. Ja spóźniona. Za późno żeby zawrócić, dwa lata temu może byłaby szansa. Wcześniej już przerwałam poprzednią terapię, wiedząc, że mąż jej nie akceptuje. Z nadzieją, że to się da uratować, ale wtedy znowu wpadłam w króliczą norę, gdzie nic nie było tym, czym było naprawdę. Jak królik z Alicji w Krainie Czarów, biegłam i biegam wiecznie spóźniona. Za późno dla nas, za późno dla siebie, za późno dla nowego partnera, pierdolone „za późno”. Płakałam. Tak bardzo choć raz chciałabym być na czas. Żeby ktoś zobaczył we mnie człowieka, który potrzebuje czuć, a nie tylko działać. Żeby ludzie nie patrzyli na mnie przez pryzmat „ona wszystko udźwignie” i oczekiwali, że w milczeniu będę wszystko akceptować, głaskać po głowie i przymykać oczy na chore układy.
Zabrano mi mój głos. Głos, który przybierając na sile skłania mnie do wykrzyczenia, że nie dźwignę więcej. Nie mam siły przymykać oczu na relacje, które są toksyczne dla mnie, a co za tym idzie poczucie spóźnienia w nowej relacji przybiera na sile. Są chwile kiedy chcę to wszystko zakończyć, nie dlatego, że to byłoby dla mnie dobre. Wręcz przeciwnie – ta relacja jest dobra – a jednak ucieczka i zakończenie tego, nie wiedząc czy kiedykolwiek dostanę to czego potrzebuję, po prostu jest bezpieczne.
Te wszystkie emocje, złość, wstyd, poczucie winy i miłość. Do i wobec tak różnych ludzi, do siebie. Mieszanka wybuchowa, która rozrywa mi głowę. Nie sypiam, pracuję w nadgodzinach, spędzam czas z synem, w wolne weekendy jeżdżę do Warszawy udając, że tak świetnie sobie radzę i uśmiecham się, podczas gdy tak naprawdę płakać mi się chce. Często nie pamiętam jak dojechałam, a powroty są jeszcze bardziej upiorne, bo zazwyczaj wychodzą kolejne historie, kolejne trupy, tym razem nie z mojej szafy. Spóźniona. Tak boleśnie spóźniona.
Gdy mija godzina i wracam do domu, do syna, do życia w nieżyciu, w mojej głowie odtwarza się tekst piosenki Meli Koteluk „Spadochron”:
„Jestem, jestem kamykiem
Lecącym w twoje okno
Stukotem dziobu ptaka
W rytm alfabetu Morse’a
Niepodlewaną ziemią
Pustym rytuałem”
Jestem wszystkim czym nie chciałam być. Wierzę, bo inaczej to nie miałoby sensu, że kiedyś będę statkiem, portem i brzegiem. Że zaznam spokoju i uczucia bycia kochaną w sposób dla mnie zrozumiały, że się pogodzę z moją największą zmorą – wiecznym spóźnieniem.
Widocznie jeszcze nie mój czas być na czas.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *