Gratuluję – Dzięki, tylko czego?

typewriter-1248088_1920Dziś w pracy przez chwilę rozmawiałam z koleżanką. Jak to w pracy bywa, ludziska wiedzą ‚co i jak’ u mnie, czytają też bloga, czasem przychodzą jak mają zgryz, żeby się wygadać. Niemniej wciąż zadziwiają mnie osoby, które zaczynają konwersację od „gratuluję”.

W takich sytuacjach robię wielkie oczy, a z natury mam je całkiem spore, i odpowiadam „Dzięki, ale czego?”. Tu odpowiedzi padają różne. Odwagi, rozwodu, podjęcia decyzji, determinacji. Lista jest długa. Gotowa na podróż do koszalina (czyli kosza). To nie tak.

Zbliża się Wigilia, czas kiedy wielu z nas pewnie znowu będzie się uśmiechać wymuszenie, kiedy rodzina zacznie wtykać nos w nie swoje sprawy lub dłubać w czymś co powinno leżeć nietykane. Może to dobry czas, że wygarnąć sobie wszystko, jak generalne porządki. A zatem. Nie gratulujcie nikomu, że podjął taką czy inną dramatyczną, spójrzmy obiektywnie, decyzję.

Co ma z tym wszystkim wspólnego wspomniana koleżanka?

Koleżanka jest nieszczęśliwa i rozważa rozwód, ale boi się podjąć decyzję. Czasem postraszy męża rozwodem, ale ostatecznie się wycofuje, a nic się nie zmienia. Stagnacja. Dlatego gratuluje mi tego, czego sama nie umie zrobić. Nie tędy droga.

Rozmowa

Warto rozmawiać, usiąść. Dzieci wywieźć do dziadków i porozmawiać o tym co się z wami dzieje. Wygarnąć sobie jak przy Wigilii. Boli? Ma boleć. Masz dosyć? Nie odejdziesz dopóki nie usłyszysz wszystkiego.

Czy sama tak zrobiłam? Tak, ale za późno – na etapie kiedy już było pozamiatane, a grabarz przyklepał mogiłę.

Ktoś bliski powiedział, że byłam bardzo młoda wychodząc za mąż, a potem poszło siłą rozpędu. Tak, jednakże to nie jest usprawiedliwienie. Rozmowa. Może użycie argumentów z kategorii „poniżej pasa” podziałałoby jak otrzeźwiacz. Takie wiadro zimnej wody na łeb.

Jest koniec roku, nie gratuluj żałując, że nie jesteś na moim miejscu. Każda sytuacja jest inna, a bajki o szczęśliwych singlach, to bajki. Praca może zastąpić Ci treść życia, ale powrót do pustego domu jest dotkliwy, szczególnie, gdy tego nigdy nie doświadczyliście.

Wiem co mówię. Już przywykłam, ale nie jest to komfortowe, szczególnie kiedy wiem, że życie może wyglądać inaczej. Łapię chwile, żyjąc od jednej ciepłej wyspy do drugiej. To męczy. Życie w kilku wymiarach. Ile tak pociągnę? Ile trzeba. Czemu? Bo jest mi to potrzebne, jak tlen. A, nie jestem sama, mam syna. Tak, szczególnie wytykają mi to koledzy. Że nigdy nie będę sama, bo mam syna. Halo – syn to nie zwierzątko, które się ma. Tak, jest mi dane wychowywać fajnego chłopca, który ma serce większe niż on sam i mieści w nim wszystkich, którzy są w tym jego porąbanym świecie. Jest on jednak przy mnie na jakiś czas, a później sama pomogę mu się pakować w samodzielność. Po tym, nie chciałabym wracać do pustego domu, tylko spojrzeć na udany patchwork uszyty tymi rękami i tym sercem, i spokojnie wypić herbatę w domowym zaciszu z kimś bliskim.

Nie gratulujcie, jeżeli nie wiecie czego. To, że się uśmiecham, żyję i oddycham nie znaczy, że to co się stało nie zostawiło we mnie bardzo głębokich śladów. Jest kilka osób w moim otoczeniu, które je widzą. Czemu? Bo przeszli to samo, jak chorobę wieku dziecięcego. Niektórzy z powikłaniami, ale wyszli z tego. A ja? Czy mam powikłania? Czas pokaże. Niemniej najgorsze już za mną. I tego możecie mi pogratulować.

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *