Możemy żyć jak chcemy

Listopad. Nie lubimy się. Mimo to listopad przyniósł wiele zmian.

Każde z nas układa swoje życie na nowo.

Ja żyję między dwoma domami, mój syn też, lecz jest spokojnieszy. Zyskał stabilizację. Ma rodzinę, bez dramatu w tle, bez napięć. Są chwile kiedy widzę jaki jest rozluźniony, ale na dzień przed powrotem do domu zaczyna się spinać. Trudno mu pożegnać to co daje mu bezpieczeństwo. Gdy patrzę na niego, uświadamiam sobie, że doskonale znam to uczucie.

Życie nauczyło mnie czekania. Od samego początku, stałam w oknie i czekałam. Na coś, na kogoś, bez sensu.

Kiedy siedzę w domu, a syn śpi myślę, że wszystko jeszcze przede mną. Straciłam kilka lat na zaklinanie rzeczywistości. Wystarczyło puścić jeden koniec liny i wszystko padło. Jak cyrkowy namiot. Występy skończone, możecie się rozejść. Aktorzy już nie są nieskazitelni, makijaż i stroje zniszczone. A mimo to stan dusz nie maleje.
W takie wieczory pojawia się we mnie głos, który wiele lat gnał mnie ku ucieczce zagranicę. Tyle razy próbowałam, chciałam. Spakować wszystko, zamknąć życie i uciec. To odruch, który miał mnie uleczyć. I bywają dni, kiedy budzi się we mnie i szepcze:”sprzedaj dom, spłać bank, spakuj dziecko i zniknij bez słowa. Nie oglądaj sie za siebie. Wyjdź po cichutku, niczego nie tłumacz. Ucieknij. Schowaj się na drugim końcu świata, rób cokolwiek, wychowaj syna.”

To głos z przeszłości.

Paradoks sytuacji polega na tym, że pierwszy raz to ja kogoś potrzebuję. Możemy być i tu i tam, byle blisko siebie.

Jeśli to konieczne sama się unieruchomię, by wyciszyć dobrze znany głos, który każe mi biec przed siebie, w popłochu, byle dalej stąd. Emocje spuszczone z łańcucha trzeba oswoić. Wytresować by na komendę wracały tam gdzie ich miejsce.

Moja przyjaciółka mówi, że ucieczka jest potrzebna na wyścigach. A ja mam w końcu przestać uciekać i nie wolno mi jechać. Ma rację. Tu mam wszystko. Brakujący puzzel się odnalazł.

Z tej myśli płynie siła, by coraz mniej się bać. Boję się tego co mnie spotkało, co na mnie spadło. Nie szukałam tego. Skacz kochanie, nie uciekaj. W styczniu będzie po wszystkim, formalnie, bo po wszystkim jest od dawna. Gdy patrzę wstecz, z przykrością stwierdzam, że coraz mniej pamiętam. Pamiętam co robiliśmy, nie pamiętam uczuć. Oprócz czekania i natrętnej myśli, że muszę wyjechać. Uciec, jak najdalej. Bo tam wszystko będzie dobrze.

Tam nic nie będzie dobrze.

Nie będzie tego co jest mi potrzebne, tego co mam tu. Przed nami jest wiele czasu. Do wzięcia, nie do wynajęcia. Za jakiś czas myśl o ucieczce będzie tylko szczekającym psem, który próbuje udowodnić, że jest groźny.

Gdybym wyjechała popełniłabym straszny błąd. Zrezygnowałabym z kogoś, kogo potrzebuję. Nigdy nie powiedziałam jak mnie to przeraża. Potrzebowanie kogoś. Tyle lat żyłam bez tego, a teraz? Nie umiem.

Marzę by w końcu przestać uciekać, znieruchomieć, zapuścić korzenie.
To nic nadzwyczajnego. Strach. Możemy żyć jak chcemy. Gramy w podchody, kompasem jest mój głos.

Cokolwiek postanowisz. Masz zielone światło. Na koniec świata tylko z Tobą. A może by tak…teraz?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *