Sama sobie sterem, żeglarzem

Sama sobie sterem, żeglarzem. Krótkie, treściwe. Sama mogę to zrobić, tamto załatwić, z czymś innym się uporać. Sama. Skoncentrowana na tym, co trzeba zrobić, bo praca jedna, druga, trzecia, bo znajdź czas na rodzinę. Wiecznie podpięta, aktywna, nigdy nie umiejąca skupić się na tu i teraz i na relacjach z innymi. Strumień wysiłku skierowany w dwa obszary, praca i dom, żeby przypadkiem nie okazało się, że nie ogarniam, bo przecież ja wszystko sama. Pani perfekcyjna. Ja, matka trójki dzieci, choć tylko Zimorośl mogę objąć i patrzeć jak rośnie.

Jak podsumował mnie jeden znajomy „Zawsze mówiłam o pracy” (jest to jednak czas przeszły dokonany, jak wiele innych powiązanych kwestii). Pracą żyłam, oddychałam, w pracy się wykazywałam, czułam się w niej tak cholernie potrzebna i doceniana, że odcięłam, nitka po nitce relacje ze znajomymi. Praca była ucieczką, moim światem, w którym wszystko było bezpieczne i uporządkowane, w którym prawdopodobieństwo porażki było bliskie zeru. Im większy problem miałam w życiu, tym bardziej zyskiwał na tym mój pracodawca. Nie zadawał pytań, szpital, jeden, drugi, ważne, że robota szła, a ja głupia, cieszyłam się, że jestem taka samodzielna i taka dzielna, że wszystko umiem udźwignąć.

Nie umiałam. Tym bardziej prosić o pomoc, bojąc się, że w ten sposób okażę słabość. Wsparcie, które mogłabym dostać, gdybym powiedziała komukolwiek spoza rodziny, mogłoby w dużej mierze zmniejszyć moje cierpienie i poczucie beznadziejności. Przez moją postawę, „sama”, nawet najbliższa rodzina nie była do końca świadoma. A ja patrząc na przejazdy kolejowe, zastawiałam się jak długo ekipa policyjna sprzątałaby moje resztki z torowiska.

Osoba, która zrywa relacje z innymi ludźmi i nie umie ich utrzymywać jest skazana na ‘superheroizm’, który do niczego dobrego nie prowadzi. Zadaje sobie pytanie „dlaczego”, w różnych kontekstach, dlaczego jestem z tym sama?, dlaczego w ogóle to mi się przytrafiło? A gdy przypadkiem jej się coś wyrwie w obecności innych osób, to te nie wiedzą jak zareagować, bo przecież ona tak świetnie wszystko sama.

Już nie ukrywam tego, co mnie spotkało, mówię o tym, jak to wygląda, jak paskudnie traktowane są pacjentki, jak chamscy są lekarze, jak człowiek i jego godność nie funkcjonują w tym fragmencie życia. Mówię o strachu, jaki się czuje, gdy siedzisz z wyrokiem na korytarzu i wiesz, co zaraz cię spotka i że śmierci nie da się oswoić, można ją jedynie zaakceptować, oraz że tak naprawdę w tamtej jednej chwili także umierasz.

Ile potrzebujesz czasu, żeby się odrodzić? Nie umiem na to odpowiedzieć. Albo znajdziesz coś, co Cię do życia przywoła i wyrwie z tego stanu zamrożenia, albo będziesz w tym tkwić, ciesząc się, ze w ogóle oddychasz. Stan, w jakim się znajdujesz przypomina oglądanie życia zza własnego ramienia. Niby wszystko słyszysz, pracujesz, wychowujesz dziecko, nawet się uśmiechasz…ale jesteś duchem. Doświadczenie żałoby jest wielowymiarowe i nikt nie powinien przechodzić go w samotności. Praca, rzeczy, nawet wyjazdy – to jest nieważne – ludzie i relacje – to jest to co daje nam poczucie bezpieczeństwa i zaciąga hamulec, kiedy stoisz przed przejazdem kolejowym.

Bądź sterem, żeglarzem, ale nie sama.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *